D o n a l d  B a r t h e l m e

PORWANA


Reżyseria: Marek Damian
Scenografia: Anton Wieś
Muzyka: Zespół Juniorów
Obsada: Anna Kukułowicz, Katarzyna Kopczyk, Andrzej Kopczyk,
Antoni Wiśniewski i Przemek Wiśniewski

Premiera: listopad 2015
Donald Barthelme(ur. 7 kwietnia 1931 w Filadelfii, zm. 23 lipca 1989 w Houston), amerykański pisarz, autor powieści i krótkich opowiadań.

Debiutował na początku lat 60. Wcześniej pracował jako reporter i redaktor w różnych czasopismach, w latach 1961 - 1962 był dyrektorem muzeum w Houston, publikował krótkie teksty na łamach New Yorkera. Pierwszy zbiór jego opowiadań, zatytułowany Come Back, Dr. Caligari, ukazał się w 1964.

W swoich opowiadań Barthelme, zaliczany do grona literackich postmodernistów, w surrealistyczny i nierzadko groteskowy sposób, ukazywał otaczającą go rzeczywistość. Parodiował stereotypy myślowe amerykańskiego społeczeństwa i eksperymentował na językowych kliszach kultury masowej, swobodnie mieszając wątki oraz opierając swe utwory na systemie absurdalnych skojarzeń. W ten sposób wyrażał przekonanie o fragmentarycznym charakterze realnego świata.

Jego powieści cieszyły się mniejszym powodzeniem i uznaniem krytyków. Najciekawsze z nich to Królewna Śnieżka, nawiązująca do znanej baśni oraz Król, będący uwspółcześnioną (akcja książki rozgrywa się podczas II wojny światowej), pastiszową wersją legendy o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu.

Porwana pyta, czy zrobię jej zdjęcie.
Zużywam cztery rolki filmu i zadowolony idę do ciemni.
Przynoszę zdjęcia stykowe, oglądamy je razem. Zakreśla mazakiem sześć - zdjęcia, na których jest zamyślona. Nie zakreśla zdjęć, na których się uśmiecha, chociaż kilka jest bardzo dobrych. Kiedy przynoszę odbitki mówi, że są za małe.
- Za małe?
- Możesz zrobić powiększenia?
- Jakiej wielkości?
- Jakie mogą być największe?
- Największy papier ma sześćdziesiąt na dziewięćdziesiąt.
- Świetnie!
Rozwiesza olbrzymie fotogramy w swoim pokoju, przypina pluskiewkami.
- Zrób jeszcze.
- Po co?
- Chcę je powiesić w innych pokojach też.
- Te zamyślone?
- Które chcesz.
Wkrótce dom zapełnia się portretami, jej twarz spogląda zewsząd.
 
M. telefonuje, żeby mi powiedzieć, że on też porwał kobietę.
- Jaką?
- Białorusinkę. Z Białorusi.
- Mówi po angielsku?
- Wspaniale. Podobno w swoim kraju jest nauczycielką angielskiego.
- Wysoka?
- Tego samego wzrostu co twoja. Może trochę wyższa.
- Co robi?
- W tej chwili?
- Tak.
- Pucuje pierścionki. Dałem jej kupę pierścionków. Aż pięć.
- Ucieszyła się?
- Chyba tak. Pucuje jak szalona. Jak sądzisz, czy to znaczy, że jest schludna?
- Z czasem się przekonasz. Moja wciąż rzuca piłką.
- Co?
- Dałem jej piłkę. Jest bardzo wysportowana. Trenuje rzuty do kosza na śmieci.
- Piłka się nie pobrudzi?
- To nie jest zwykły kosz na śmieci. Kupiłem jej specjalny.
- Dobrze rzuca?
- Wszystko robi dobrze.
Chce iść do kościoła!
- Cooo?
- Dziś jest niedziela.
- Od dwudziestu lat nie byłem w kościele.
- Chcę iść do kościoła.
- Do jakiego?
- Do katolickiego.
- Jesteś katoliczką?
- Kiedyś byłam.
Siedząc obok siebie w ławce, jesteśmy w oczach całego świata parą małżonków.
Wstajemy, siadamy i śpiewamy wraz i innymi według porządku nabożeństwa.
Stary, mizerny ksiądz, z orlim nosem i siwymi, krótko przystrzyżonymi włosami, ubrany w czarną sutannę i cienką, białą, koronkową komżę, stoi przy ołtarzu.
- Ofiara - mówi ksiądz.
Słuchamy znakomitego kazania na temat Ofiary.
Po nabożeństwie wracamy samochodem do domu, gdzie znów ją wiążę.
Czy śpimy ze sobą? Tak.
Co się da o tym powiedzieć?
To najmniej dziwna strona naszego tymczasowego współżycia. Powszednia jak chleb.
Ona mi mówi, co i jak. Czasem działam pod wpływem natchnienia i w takich chwilach nie potrzeba mi wskazówek. Pewnego razu zrobiłem krzyż taśmą przylepną na podłodze w miejscu, w którym się kochaliśmy. Roześmiała się, kiedy zobaczyła ten znak. Czyli potrafię ją czasem rozśmieszyć.
Co ona myśli? Tego oczywiście nie wiem. Może uważa to wszystko za okres w nawiasach, jeśli chodzi o jej "normalne" życie, jak pobyt w szpitalu albo pobyt w Holiday Inn przysięgłych odseparowanych na czas procesu o morderstwo. Porwałem ją, przez co naturalnie jestem złoczyńcą, dzięki czemu ona może patrzeć na mnie dobrotliwie.
To wspaniała kobieta i wie, ze jest wspaniałą - jest więc odrobinę próżna.

M. dzwoni bardzo zdenerwowany.
- Moja jest chora - mówi.
- Na co?
- Nie wiem. Jest apatyczna. Nie je. Nie pucuje. nie gra na flecie.
Zdobycz M. to kobieta niegłupia, wytworna i obdarzona nietuzinkową urodą.
- Usycha z tęsknoty - wypowiadam przypuszczalnie.
- Właśnie.
- To niedobrze.
- Bardzo niedobrze.
- Porozmawiaj z nią. Powiedz jej: dusza ma jest zatopiona, uwznioślona, uwięziona przez moją władczynię.
- Z czego to jest?
- To cytat. Działa niezawodnie.
- Spróbuję. Zatopiona, uwięziona, uwznioślona.
- Nie tak. Uwznioślona, uwięziona. Chociaż twoja wersja brzmi lepiej. Uwznioślona na końcu.
- Dobra. Tak jej powiem. Dzięki. Kocham ją bardziej, niż ty kochasz swoją.
- Nieprawda.
- Prawda.
Odgryzam sobie kciuk i każę M. zrobić to samo.

Listonosz poruszający się w żółwim tempie przynosi odpowiedź na jej list.
Obserwuję ją, gdy otwiera kopertę.
- A to drań - mówi.
- Co pisze?
- Niewiarygodny drań.
- Co takiego?
- Daje mu sposobność, żeby na białym koniu przyjechał mnie ratować, wielka chwila, jaka zdarza się może raz w życiu, a on bajdurzy o tym, jak świetnie mu jest z małą. Że mała teraz nigdy prawie nie płacze. I jaki spokój panuje w domu.
- Drań - mówię zadowolony. - Zła jesteś?
- Pewnie.
- Co teraz zrobisz?
- Zaprowadź mnie do mojego pokoju i zwiąż. Chcę go nienawidzić w samotności.

Dziś rano, przy śniadaniu, porwana wpada w szał.
Jestem do niczego, picuś-glancuś, niewolnik telewizora, pleciuga, nędzna kreatura, potworny tchórz, który żeruje na... i tak dalej, a nie jest w dostatecznym stopniu mężczyzną, żeby... i tak dalej, i tak dalej. W dodatku za dużo pije.
Wszystko to święta prawda. Mnie samemu często przychodzą do głowy takie myśli, zwłaszcza - nie wiedzieć czemu - po przebudzeniu.
Dokładam sobie jeszcze trochę boczku.
- I wałkoń - dorzuca z uciechą. - Taki, co to...
Łapię ją w wizjer aparatu i robię nową serię zdjęć: "Zagniewana".
Kłopot z porwaniem kobiety polega na tym, że niepodobieństwem jest zrobić potem coś, co by mogło bardziej zaimponować od pierwszego posunięcia albo przynajmniej mu dorównać.

- Chce mi zabrać dziecko - mówi. - Chce zatrzymać dziecko przy sobie. Porwał mi córkę.
- Kiedy wrócisz, córka będzie na miejscu, wierz mi.
- Kiedy to będzie?
- Od ciebie tylko zależy. Sama musisz zdecydować.
- Hm.
Dlaczego nie mogę ożenić się z jakąś kobietą i żyć z nią mniej lub bardziej nieszczęśliwie aż do śmierci? Już tego próbowałem.
- Zrób mi jeszcze jedno zdjęcie.
- Dość już zrobiłem zdjęć. Więcej robić nie chcę.
- To odejdę we wtorek.
- We wtorek. Zgoda. Czyli jutro.
- Tak.
- Hm.
Chwyta piłkę i udaje, że chce ją wyrzucić przez okno.
- Czy porywa się czasem znów kogoś, kogo się już przedtem raz porwało?
- Nikt o takim wypadku nie słyszał.
- Dlaczego?
- Nie zdarza się, i tyle.
- Jutro. Mój ty świecie.
Idę do kuchni i zaczynam zmywać naczynia - wiem z doświadczenia, że im więcej człowiek odwali czarnej roboty, tym łaskawszym okiem na niego patrzą.

Mija tydzień, a ona wciąż jest ze mną. Odchodzi ode mnie stopniowo.
Gdybym jej wyrwał włosy, nie podobałaby się nikomu poza mną. Ale ona nie chce, żebym jej wyrwał włosy.
Wkładam specjalnie dla niej coraz to inne koszule: czerwoną, pomarańczową, srebrzystą. Przez całą noc trzymamy się za ręce.


KONIEC