Reżyseria: Przemek Wiśniewski
Adaptacja i dramaturgia: Robert Konowalik
Scenografia i kostiumy:
i AI
 

Premiera -
kwiecień 2024 r.


 


Stary Major

Waldemar Major Fydrych


Rodzaj dzikiej świni. Właściwie knura. Rasy białej, co trudno było określić z powodu wątpliwej jakości higieny osobistej. Podejrzane indywiduum, z imieniem sugerującym, iż osobnik ten nigdy nie był młodym majorem, ani nawet młodszym szeregowcem. A jednak, kimś być musiał w latach, kiedy jeszcze nie miał zmarszczek. Według raportu sporządzonego w Instytucje Farm i Gospodarstw Rolnych (instytucja działała pod przykrywką jako zbrojne ramię Socjalistycznych Hodowców Buraków), Stary Major w wieku młodzieńczym czytywał książki dotyczące medytacji (w tym „Kapitał” Karola Marksa) oraz publikacje na temat ezoteryzmu (m.in. „Materializm a empiriokrytycyzm” Włodzimierza Iljicza Lenina). Po zapoznaniu się z sześcioma książkami (w tym z dwoma napisanymi w języku, którego nie znał), doszedł do wniosku, że wie wszystko co jest mu potrzebne, więc podpalił gminną bibliotekę dla zatarcia śladów po sobie (zapomniał jednak wyrównać ziemię, którą zrył przy tej okazji). Do wojska został zaciągnięty wkrótce po tych wydarzeniach, początkowo w charakterze wałówki. Wkrótce jednak dał się poznać jako interesujący przypadek świni z charakterem i wykorzystywany bywał w trakcie uroczystości państwowych jako atrakcja wieczoru. Brak bliższych danych na temat rodzaju tych prezentacji, wiadomo jednak, iż występy wkrótce przerodziły się w rodzaj wieców politycznych, podczas których nakreślał zasady ustroju, w którym każdy powinien mieć dostęp do żołędzi. Po przeprowadzonej inspekcji sanitarnej i stwierdzonych zaniedbaniach w korpusie oficerskim, Armia uznała, że w jednostce jest o jedną świnię za dużo, a ponieważ nie mogło być mowy o tym, by pozbyć się kogoś wyższej rangi, usunięto Starego Majora, który w tamtych czasach był już chorążym (w dalszym ciągu był jednak dosyć młody). Po tych wydarzeniach ukarano niedoświadczonego inspektora sanitarnego, wskazując, iż dzika nie powinno się zwalniać ze służby nawet w trybie dyscyplinarnym, lecz raczej wydać w łapy kucharza i zjeść. Stary Major lubił przy alkoholu opowiadać o tym zdarzeniu dodając za każdym razem żartobliwie, że „i tak mi się upiekło”. Nikt się jednak z tego nie śmiał, ponieważ nie była to wesoła anegdota, za jaką ją mylnie uznawał.

Stary Major z braku innej alternatywy trafił na Farmę, gdzie jego nabyte zdolności krasomówcze jak również dogłębna wiedza zyskały spore uznanie. Nadzwyczaj udatnie przenosił wydajność z jednego hektara na drugi, miał również nosa do tworzenia rowów melioracyjnych usprawniających rolnictwo. Pewien rodzaj domowych kaczek nazwał go Willingdonem na cześć pewnego kaczora o tym imieniu, ugotowanym znienacka przy okazji jakiegoś święta. Natomiast owce dodawały czasem, iż jest wyjątkowo „Beauty”, jak na świnię. W tych okolicznościach Stary Major w końcu zestarzał się. W międzyczasie, kosztem wielu wyrzeczeń, zdołał przyznać sobie kolejne stopnie wojskowe w zamian za rozmaite zasługi. Kiedy umierał, w jego prywatnych rzeczach znaleziono dokument nadający mu rangę podpułkownika. Nie był jednak podpisany, więc istniało podejrzenie, iż sporządził go ktoś zupełnie inny i miał w tym swój zbrodniczy, bardzo niejasny cel. Jego pośmiertne przygody wskazywały na szacunek, estymę i rodzaj kultu, jakim się cieszył. Starannie obgryziona czaszka tej niezwykłej świni została wystawiona na publiczny widok i wysmarowana mysim olejem w celu impregnacji.

„Jako trup jestem bardziej przydatny niż za życia” - miał podobno powiedzieć tuż po wybuchu rewolucji. Była to jednak kokieteria oraz kłamstwo w jednym. W rzeczywistości powiedział bowiem coś zupełnie innego.



 
 


Napoleon
Michał Sienkiewicz

„Co za świnia” - miał o sobie powiedzieć przez sen. Na co dzień jednak był małomówny, ale dobrze urodzony. Matka znała się na rzeczy, urodziła kilkoro uroczych warchlaków i nawet nie rozmazała przy tym makijażu. Najpewniej dlatego, że nigdy się nie malowała.

Wspomnienie z dzieciństwa: Kiedy w obejściu pojawiła się plotka, iż wkrótce wszystkie młode świnki mogą zostać skonsumowane, Napoleon zaczął podjadać rodzeństwu paszę. Czego nie zdołał zjeść - zniszczył. Właściciel chlewika z niepokojem patrzył na prosiaki, które chudły w oczach aż w końcu wyzdychały.

„To jakiś pomór” - powtarzał zdezorientowany, a młoda, tłusta świnka obserwowała go z bezpiecznej kryjówki - „bezpieczniej będzie zjadać drób” - postanowił mężczyzna.

Pytany w późniejszych latach o wspomnienia z krainy dzieciństwa, Napoleon zwykł lakonicznie powtarzać: „Przeżyłem wielki głód w tej krainie”. Był bowiem nadzwyczaj oszczędny w słowach. Stosunek Napoleona do spuścizny po Starym Majorze był ambiwalentny, ale ta dobrze urodzona świnia rasy Berkshire nie znała tego określenia.

„Stary Major był bardzo dobrym żołnierzem, ale podejrzewam, iż pewne dokumenty podpisywał sam sobie” - odezwał się znienacka podczas któregoś zebrania aktywu zwierzęcego, w momencie gdy ktoś wypowiedział się zbyt dobrze o nieżyjącej czaszce wystawionej na widok publiczny - „poza tym nieboszczyk utożsamiał się z pewną ideą, wedle której zwierzęta w oczach pana Jonesa są równe. A to nie jest zbyt mądra i słuszna idea, jak wiadomo, gdyż po prawdzie zwierzęta (owszem) są równe, ale równe nie tak samo”.

W ciszy, która nastąpiła po tych słowach można było usłyszeć cichutkie brzęczenie muchy. Następnego dnia zamówiono lep oraz packi, a fakturę opisano jako „zakup na potrzeby rewolucji” by odzyskać podatek VAT.

Do władzy Napoleon podchodził niespiesznie. Niech ją ktoś zdobędzie, a potem mi odda - myślał roztropnie. Nade wszystko lubił przed podjęciem jakichkolwiek działań sobie najpierw całą sytuację poobserwować z bezpiecznej kryjówki. Nauczył się tego w dzieciństwie i nigdy własnych nauk nie zdradził.

Pytany, co myśli na jakiś temat, odpowiadał mgliście: „Co myślę, to myślę”. Potem doglądał skutków własnej odpowiedzi, przechylając łeb i mrużąc oczy. Jeśli był z podjętych działań niezadowolony, pozbywał się pytającego topiąc go w błocie czyimikolwiek raciczkami. Jeśli jednak zdarzało się, że wydarzenia sprowokowane niejasną odpowiedzią były obiecujące lub wspaniałe, również kazał utopić w błocie pytającego, ale nieco później. „Bez utopienia tak czy siak się nie obejdzie” - powtarzano między sobą w obejściu, ale tak, by nikt tego nie usłyszał. Właściwie to (prawdę mówiąc) wcale tego nie powtarzano, ale Napoleon i tak słyszał podobne wypowiedzi. W takich chwilach odszukiwał jakieś zwierzę z silnymi raciczkami i unosił brwi, a ono interpretowało ten grymas w jedyny znany sobie sposób. Po jakimś czasie pewnym problemem było znalezienie osobnika, który w podobny sposób potrafiłby zająć się zwierzęciem z silnymi raciczkami, ale Napoleon radził sobie w takich sprawach jak tylko mógł. A mógł wiele. Najczęściej jednak unosił brwi.



 

 


Chyży
Andrzej Gęsiarz

„Świń ci u mnie dostatek” - powtarzał niezmordowany Orwell w trakcie pracy nad Folwarkiem zwierzęcym - „ale Chyży po prostu być musi”.

„To prawdziwe prosię rewolucji” - opinia matki Chyżego na temat własnego dziecka powtarzana była nawet w kurniku oraz na sąsiedniej farmie pana Pinklingtona. Jak nikt inny zdawała sobie sprawę z tego, że jej własne prosię nie należy wyłącznie do niej lecz przynależy Sprawie. „Jest taka sprawa” - rzucił któregoś dnia od niechcenia Stary Major - „Ten cały właściciel farmy, zwany Jonesem, zanadto się panoszy, jeśli ktoś pytałby mnie o zdanie”. Chyży zrozumiał. Dola zwierząt na Farmie była niedolą. Jones, który pił zbyt wiele, nie dbał o zwierzęta. Jeśli zaś pił, to nie z nimi lecz samotnie.

Chyży rozkręcił spiralę rewolucji. Biegał, załatwiał i kwiczał. W tej kolejności. Postulował potrzebę elektryfikacji, podziału dóbr i ulżenie doli zwierząt. Przekonywał do rozwijania edukacji i budowy wiatraka.

„Bardzo ciekawe” - pomyślał Napoleon leżący w błocie - „a nawet, chrum,, chrum, interesujące”. Natomiast Krzykała, o którym postaramy się opowiedzieć za chwilę, uznał je zaledwie za lewackie.

To właśnie wtedy… albo nie wtedy, lecz później (… lub wcześniej) Napoleon postanowił dogadać się z właścicielem najbliżej położonej farmy.

„Panie Fredrick” - Napoleon zaczął od spisania konceptu swojej rozmowy z sąsiadem - „możemy pomóc sobie nawzajem, kiedy będzie po wszystkim. Widzi pan tę krzyczącą świnię? (w rzeczywistości w piśmie stało „kwiczącą”, ale w rozmowie z farmerem nieco zmienił przygotowany tekst) To niejaki Chyży. Naiwny, ideowy, lecz dureń, ale służy Sprawie. I może mu się udać. Wówczas wkroczymy my dwaj”.

Napoleon nie dowierzał sąsiadowi, któremu źle z oczu patrzyło. Odwiedził więc szczenięta. „Ten cały Chyży, czy jak mu tam. Dlaczego wciąż jest cały?”

Los Chyżego został spisany tego dnia wraz z umową na sprzedaż drewna, przesądzony i utrwalony przez posłuszną sforę. Bez uniesień, na zimno. Mam na myśli, rzecz jasna, uniesienia brwi.



 

 


Krzykała
Damian Dec

Adiutant Napoleona. Stary wiarus. Nazywany czasami przez wodza Kwiczałą. Według niepotwierdzonych plotek, był prawdziwym autorem wspomnianej powyżej treści rozmowy Napoleona z panem Fredrickiem. On sam, osobiście dopisał do niej wyrażenia takie jak: „możemy pomóc sobie nawzajem jak świnia świni” lub „kiedy będzie po wszystkim i mgła opadnie” oraz „wówczas wkroczymy my trzej”. Nie każdy z tych pomysłów został wykorzystany w rozmowie w sposób dosłowny. Napoleon, który prawdopodobnie sam pisać nie potrafił (zbyt mocno był od Krzykacza uzależniony, aby sobie beztrosko brew unosić), należał do tego rzadkiego rodzaju przytomnych świń, by to i owo wypowiedzieć własnym językiem. W pozostałych sprawach zdawał się jednak na osąd i inicjatywę swojego ministra propagandy. Krzykała prostował ścieżki jego, uspokajał skołatane serca lub wbijał klin gdzie trzeba.

Słynna była sprawa z obornikiem, która dobrze obrazuje wpływ tej hałaśliwej świni na losy Farmy.

Było to tak:
Obornik miał zostać rozlany na polach, ale po zdetronizowaniu pana Jonesa, zapomniano o nim i pozwolono mu śmierdzieć w spokoju. A nawet w pokoju, gdyż pomysłowe zwierzęta w rodzaju krowy i klaczy, wywiozły go tam nocą, gdyż im zawadzał. Zrobiły to pomimo oczywistego braku przeciwstawnego kciuka. A nawet kciuka jakiegokolwiek. Po pewnym czasie smród stał się bardzo uciążliwy dla zwierząt z tendencją do migren i bardziej rozbudowanym zmysłem węchu. Krzykała zaś należał do tego rodzaju świń, które nie odczuwały przykrych skutków nieprzyjemnych zapachów. Jeśli się dobrze zastanowić, nie jest to jakiś rzadki rodzaj świń. Dosyć, że sprawie przykrych zapachów nie poświęcony został żaden z rewolucyjnych w treści i formie biuletynów, nie nakręcono żadnego dokumentu interwencyjnego, a nawet nie wzmiankowano tego tematu w rubryce towarzyskiej. Z tego powodu zupełnie nie wiadomo, jak się sprawa z obornikiem zakończyła. Kroniki rewolucji milczą na ten temat zaś zwierzęta, które mogłyby cokolwiek powiedzieć, zostały utopione w błocie z niewielką pomocą stworzeń wyposażonych w silne raciczki i radzących sobie bez przeciwstawnego kciuka.
 
Artystycznym zwieńczeniem dorobku Krzykały w dziedzinie propagandy sukcesu był nadzwyczajny filmowy esej na temat warunków bytowych zwierząt na sąsiadującej z folwarkiem farmie pana Fredricka: „Zwyczajny faszyzm”. Napoleon, który w odróżnieniu od Starego Majora nie uważał X Muzy za najważniejszą ze sztuk, ten film oglądał każdej środy.



 

 


Minimus
Przemek Wiśniewski

Twórca kilku rewolucyjnych dramatów, które nie przypadły do gustu Napoleonowi. „Łaźnia” to drapieżna sztuka na temat wyimaginowanej kąpieli świń z użyciem mydła i szamponu, została przyjęta jako dzieło utopijne i reakcyjne, z kolei „Pluskwa” - sztuka popularna wyłącznie wśród stworzeń nieodpornych na dezynsekcję, cieszyła się opinią utworu hermetycznego i nie mniej szkodliwego, niż szkodliwe bywają stworzenia o których traktowała. Poeta Minimus po pewnym spacerze, podczas którego musiał po kilkakroć obejrzeć się za siebie (czego jak wiadomo żadna świnia nie potrafi, więc musiał się po prostu odwrócić całym ciałem) postanowił naprawić przykre wrażenie wywołane dotychczasową twórczością i stworzyć coś wpisującego się w nowe standardy wolności artystycznej. Całkowity przypadek sprawił (lub nie całkowity lub też nie przypadek), iż publiczne odśpiewanie folwarcznego hymnu „Beasts of England” (Zwierzęta Anglii) poskutkowało decyzją o zakazie publikacji tego utworu […]

Ustawa z dnia o kontroli publikacji i widowisk (Dz. U. Nr 34, poz. 87, z 1919r. Nr 32, poz. 343 i z 1921r. Nr 5, poz. 9)

W tej sytuacji, Minimus naprędce stworzył nowy, znacznie lepszy hymn, który natychmiast opublikowany został w prasie, zaś autorem życzliwej - by nie rzec entuzjastycznej - recenzji literackiej był sam Krzykała. Pisał w niej m.in. „Nowy hymn jest zrozumiały przez każde roztropne zwierzę, młode i stare, pojmowany powierzchownie i dogłębnie jako wyraz aprobaty i radości wynikających z nowej rzeczywistości, nowego ładu i starych, niezmywalnych praw każdego stworzenia do samostanowienia w granicach ustalonych norm i potrzeb społecznych”. Napoleon, po wysłuchaniu pierwszego publicznego wykonania utworu, nie uniósł nawet brwi. „Nie jestem zaskoczony” - wyjaśnił w rozmowie przytoczonej przez prasę - „Poezja Minimusa odzwierciedla bowiem nasze aspiracje i starania, na niwie i w temacie”. Z racji dotychczasowej małomówności Napoleona zachodzi podejrzenie, iż jego wypowiedź została nieco ubarwiona przez ministra propagandy.
 
Podczas kolejnego spaceru Minimus już nie oglądał się za siebie. Nie musiał. Ponieważ jednak jego wrażenia z poprzedniego spaceru nie były wytworem artystycznej wyobraźni a skutkiem pewnych konkretnych działań, decyzji i rozkazów, pewnemu stworzeniu o silnych raciczkach należało czym prędzej podarować zastępczy cel.

„Te cztery niezadowolone świnie nadają się do utopienia znacznie lepiej niż jeden wystraszony poeta” - Krzykacz przekonywał Napoleona do czegoś, do czego nie trzeba go było przekonywać. Napoleon poruszył brwiami. Raz. Potem jeszcze drugi, trzeci i raz jeszcze. Cztery świnie spacerujące wieczorem wzdłuż płotu oddzielającego Farmę od drogi, nawet się nie zdążyły obejrzeć…

Mogliście się spotkać z opisem innych okoliczności towarzyszących temu zdarzeniu. Jest to zasługa cierpliwej i mozolnej pracy Krzykacza, która mogła przeniknąć do kart powieści George’a Orwella.



 

 


Prosięta
Anna Kukułowicz, Anna Złomańczuk i Antoni Wiśniewski

Pewne niejasne wypowiedzi zasłyszane nie wiadomo gdzie i niewiadomo przez kogo, a wymyślone z pewnością przez Krzykacza, sugerują, iż prosięta były dziećmi Napoleona. On sam nie odezwał się na ten temat nigdy. Przynajmniej na trzeźwo. Po spożyciu jednak, wcale nierzadko wołał w ich stronę: „Dmuchnę, chuchnę i wasz chlewik zdmuchnę”. Potem z reguły przewracał się i zasypiał obok koryta.



 

 


Młode świnie
Julia Głąb, Maya Maślanka Ishida i Bart Kowalski

Życie czterech świnek niezadowolonych z życia i nowego porządku, zakończyło się podczas wieczornego spaceru. Było to życie niekrótkie, niedługie, a w sam raz. Przynajmniej tak uważał kot, odsypiający polowanie na płocie, pod którym doszło do utopienia czterech umorusanych błotem stworzeń.

Nazajutrz, w prasie kontrolowanej przez Krzykacza, ukazała się informacja o złym wilku, który pojawił się i dorwał każdą ze świń. Wśród gospodarskich zwierząt zawrzało. Rodzice nie wypuszczali młodych po zmroku, skracano również godziny wypasu na łące by nikt nie wracał po zmierzchu do domu.

„Słuchajcie no, Krzykacz…” - Napoleon skinął raciczką w kierunku ministra propagandy - „to miała być prędka i niezauważalna śmierć w błocie, jedna z wielu, a tymczasem wybuchła panika”. Świnia spojrzała na przywódcę z niepokojem.

„Poruszyła czy nie poruszyła?” - zastanawiał się Krzykacz obserwując lewą i prawą brew wodza. „Zwierzęta mówią o seryjnym wilku” - kontynuował Napoleon nieco spokojniejszym głosem - „nie wiem co to takiego, ale zupełnie na serio znajdźcie mi jakiegoś wilka jak najprędzej”. Krzykacz zrozumiał. Wybrał owcę sąsiada, chociaż powinien kozła. Za pomocą marchewki zwabił ją na teren Farmy.

„Jesteś pewien, że tego chce Napoleon?” - zapytało z niepokojem stworzenie z silnymi raciczkami. Prawdopodobnie była to krowa, ta sama, którą zauważył kot leżący na płocie pamiętnej nocy. Krzykacz uniósł brwi. Zbyt wiele razy to widział u szefa, by nie potrafić powtórzyć w najdrobniejszym szczególe. Krowa zrozumiała.

Potem, gdy sprawa została załatwiona, świnia wraz z krową (wspólnie lecz bez użycia przeciwstawnych kciuków), wydobyli biedną, martwą owcę z błota i ucharakteryzowali ją na wilka. Na koniec włożyli w jej pysk marchewkę.
 
„Zawsze lubiła” - wyjaśnił Krzykacz samemu sobie.

Nazajutrz pojawił się w codziennym biuletynie sensacyjny artykuł.

Wyrok śmierci dla M. - seryjnego wilka, brzmiał tytuł.

Zwierzęta przez pewien czas zastanawiały się, kim był tajemniczy M., nie znały bowiem żadnego wilka, by skojarzyć inicjał. Pewnych tropów dostarczyła krowa, która wspomniała o warzywie w pysku zbrodniarza.
 
„To jakiś marchewkowy wilk był” - powtarzano - „marchwiowy raczej lub marchwiocki”.



 

 


Różowooki
Sylwia Nieczaj

Tyle to i świnia nie zeżre - powiadają. Czy ja wiem? Osobiście żrę ile dają, lecz dają niewiele. Właściwie to zjadam niewielki kęs lub dwa każdej potrawy. Potem mnie uważnie obserwują. Badają wzrok i puls. Sprawdzają, czy nie mam drgawek albo czy w pysku nie pojawi się zbyt dużo śliny. Odczekują chwilkę lub dwie. Jeśli nadal żyję, całą resztę koryta dostaje Napoleon. Czy jestem szczęśliwy? Nie wiem. Raczej głodny.

Czy mam dosyć? Niech pomyślę. Czasem chciałbym zjeść coś trującego pod warunkiem, że byłoby to pyszne. Takie myśli wpadają do głowy z głodu…

Gdyby wódz zobaczył, że trujące, zrezygnowałby z dania i cała reszta byłaby dla mnie. Tak, to niemądre, najadłbym się kosztem życia. Z drugiej strony… sam nie wiem. Może ważne byłoby to „raz a dobrze”. Albo raz kozie śmierć, nawet lepiej brzmi, oczywiście dla kogoś, kto jest kozą.



 

 


Pan Jones
Andrzej Mikosza

Na długo przed wymyśleniem Indiany Jonesa, wymyślono zupełnie inną jego wersję. Primo: Zamiast archeologa walczącego z nazistami - farmer lub rolnik sam w dolinie. Po wtóre pijak i ladaco. Z żoną, ale lepiej nie wiedzieć co tam z tą żoną było. Lekko w każdym razie z tym draniem nie miała. Jak to z pijakiem. Z czasem ktoś się o nią upomni, o tę żonę. Bo to, że jest jej tak niewiele w naszych myślach i pamięci jest draństwem. Książka rzecz jasna przez mężczyznę pisana, więc zdziwienia nie ma. Narracja oczywista. A trzeba sobie jasno powiedzieć: bez żony pana Jonesa nie byłoby. To znaczy byłby, lecz inny. Tu się od razu ktoś wypowie, że byłby to
Jones niepijący, dobry i miły dla zwierząt. Oczywiście byłaby to wypowiedź kolejnego mężczyzny, zapewne pijaka. I rzecz jasna, wypowiedź niesłuszna. Pan Jones bowiem byłby inny, lecz o wiele gorszy, gdyż pozostawiony samopas, bez żony, chlałby więcej i częściej. Wskazówek dla takiego rozwoju wersji alternatywnej pana Jonesa jest kilka:

14 września. Pani Jones wyrusza do swojej matki zamieszkałej na przedmieściach Londynu. W tym czasie pan Jones upija się i sprzedaje ciągnik za sumę, która wystarcza mu na zakup 3 butelek wina.
 
8 listopada. Południe. Pan Jones wychodzi na pole po dwie pasące się krowy. Ma ze sobą butelkę whiskey. Wieczorem pani Jones po 4 godzinach poszukiwań znajduje go w miejscu, w którym go wcale nie powinno być. Pan Jones ma rozciętą głowę i wstrząśnienie mózgu. Znaleziony dwie godziny później byłby martwy.

12 maja. W dniu swoich urodzin pan Jones podpala zabudowania gospodarcze i wpada do pustego koryta. Ogień gasi pani Jones, zwabiona gdakaniem kur i rżeniem koni.

***

Powiadają, iż państwo Jones zostali z Farmy wypędzeni. To częściowa prawda i z pewnością dotyczy gospodarza. Pani Jones, gdy już miała po dziurki w nosie wszystkiego co dotyczy Farmy, zabrała manatki i wyniosła się gdzieś, gdzie dotąd nie była. Wraz z nią zniknęły: jako taka normalność oraz jakiś gadatliwy kruk. Zniknęły razem, ale wróciło tylko jedno z nich. Naturalnie nie to, co powinno.

***

Gdy było po wszystkim, zawistne osoby twierdziły, ze zwierzęta alkoholu Jonesowi zazdrościły i stąd cała granda. I kiedy pomyśleć o tym, że same potem piły (głównie świnie), to kto wie. Nie byłaby to pierwsza rewolucja podyktowana zazdrością. Lecz na początku była Sprawa. Oraz chyża świnia, będąca jej orędownikiem.



 

 


Pan Fredrick
Robert Konowalik

Matki zamieszkujące Farmę straszyły nim swoje młode.

„Jeśli będziesz rozrabiać, przyjdzie pan Fredrick zza płotu. Przeskoczy go, albo zrobi dziurę by tu wpełznąć. Tak czy owak, dorwie cię i zeżre”.

Matki niewiele się myliły. Któregoś dnia pan Fredrick przeskoczył przez płot (albo wszedł furtką, nie wiadomo), powybijał wiele zwierząt, nie tylko te, które rozrabiały. Zniszczył również wiatrak, o którym zaledwie wspomnieliśmy, zaś teraz, kiedy jest zniszczony, już wspominać nie warto. Czasem jednak to dzieci straszyły własne matki, również tym samym panem Fredrickiem. „Jak się przejdzie za drugą stronę płotu to można zobaczyć, jak on bije swoje zwierzęta kijem, łańcuchem lub czymkolwiek, co mu się nawinie pod rękę”.

Dzieci wiedziały więcej od swych rodziców, gdyż samowolnie zdarzało im się wchodzić tam, gdzie ich być nie powinno. NIektóre opowiadały potem o wszystkim co widziały, a inne po prostu znikały na zawsze.

Pan Fredrick straszył rodziców i ich potomstwo, ale nie mówił przy tym zbyt wiele. Właściwie to nie miał nawet zamiaru ich straszyć. Do głowy by mu nie przyszło.

Pinchfield Farm, sąsiadująca ze zwierzęcym folwarkiem od jednej strony, pod wieloma względami była wzorem do naśladowania. Schludna choć niewielka. Przynosiła zyski, również z powodu organizowanych na jej terenie walk kogutów.

„Koguty pana Fredricka walczą ze sobą na śmierć i życie, podczas gdy my piejemy” - powiedział kiedyś czarny kogut, który był zawsze bardziej wyspany.

„Zamknij dziób” - odburknął drugi. Gdyby potrafił latać, zasypiałby w powietrzu ze zmęczenia.

Po drugiej stronie Farmy mieszkał inny sąsiad, niejaki pan Pinklington, którego Fredrick był największym i jedynym wrogiem.

Obaj potrzebowali drewna. Drewno należało do pana Jonesa.

Kiedy nastała rewolucja i pan Jones przestał być sąsiadem ich obu, jakaś chytra świnia, bodajże Napoleon, postanowiła zrobić interes z jednym z nich i drewno spieniężyć.

„Dobre sobie, zrobić interes. Tylko z którym?” - zastanawiała się.

Ostatecznie wybrała pana Fredricka, z którym dobiła targu. Kiedy liczyła zarobione pieniądze, odkryła, że wszystkie banknoty są fałszywe.

„Nienawidzę cię Fredrick” - ryknęła głośno, mimo wieczornej pory - „Od tej chwili jestem twoim wrogiem”.

Pan Fredrick miał wrogów nieskończenie wielu. Żadnego jednak nie wyróżniał w szczególny sposób.



 

 


Pan Pinklington
Andrzej Jakubczyk

Gdyby Big Lebowski był farmerem, byłby bez wątpienia rodzajem pana Pinklingtona. Niezupełnie nim samym, gdyż pewne cechy ich jednak odróżniały, ale odmianą pinklingtonowską na pewno.

Opowieść o nim, zaczynałaby się tak, jak kończył film braci Coen:
Jest gdzieś tam koleś, wyluzowany za nas wszystkich.

To „gdzieś” było wcale konkretne. Foxwood Farm, zachwaszczone i sąsiadujące ze zwierzęcym folwarkiem gospodarstwo. Niech Was jednak nie zwiedzie ten obraz nędzy i rozpaczy. Jest bowiem złudzeniem. Właściciel nie popadł w długi ani nie opuścił go rozum. Jest tylko niechlujny. Sprawami gospodarskimi interesuje się o tyle o ile. Obserwuje z niepokojem zdarzenia do których doszło na terenie posiadłości pana Jonesa, ale tylko na tyle, by zorientować się, czy świńska zaraza nie przeskoczy na jego poletko. Poza tym, cały swój intelektualny wysiłek, wszystkie podjęte działania i decyzje podporządkowuje jednej myśli. Zrobi bowiem każdą rzecz, o ile ta zaszkodzić może panu Fredrickowi.

Gdyby nie fatalne rozmieszczenie trzech posiadłości, przerzucałby po prostu krowie łajno przez płot i po kłopocie. Na drodze do tego stoi jednak farma pana Jonesa, rozdzielająca tereny skłóconych farmerów.

W literaturze takich sytuacji jest całkiem sporo, pan Pinklington obraziłby się jednak wiedząc, że ktoś ma go za postać literacką. Jego nienawiść jest szczerej próby, czysta i jasna, taka, jaką jego farma nigdy nie była. Nigdy też nie została opisana.

Czy słyszeliście o lisach mordujących młode gęsi pana Jonesa? Z pewnością. Wiedzcie jednak, że nie w tym celu zostały przeszkolone. W zamierzeniach miały bowiem mordować zupełnie inne gęsi, te zamieszkujące następną farmę. Na Foxwood Farm było tych lisów całkiem sporo, ale pan Pinklington ewidentnie „nie umiał w tresowanie”.

Innym sprytnym pomysłem była tresura dzików. W teorii miały ryć po polach pana Fredricka i niszczyć mu uprawy. W praktyce zrujnowały tylko drogę dojazdową i uniemożliwiły regularne dostarczanie The Guardiana.

Któregoś dnia wpadł na pomysł, aby rewolucyjny koncept skopiowany z farmy pana Jonesa zagnieździć w posiadłości znienawidzonego rywala. „A gdyby tak podrzucić mu świnię” - rozmyślał - „albo dwie”. Podrzucił cztery, na wszelki wypadek. Pan Fredrick zarzynał każdą w tygodniowych odstępach i zapraszał gości na wystawne wieczerze.

„Cwaniaczek” - pomyślał Pinklington. Nie miał jednak na myśli swego wroga lecz siebie. Miał bowiem w zanadrzu kolejny plan. Przyśnił mu się w nocy ale nie pamiętał go rankiem. Pozostało mu tylko przeczucie zupełnie wyjątkowego pomysłu, chytrego i innowacyjnego zarazem.

Pan Pinklington posiadał przeciwstawny kciuk. Zginał i wyprostowywał go w ramach prostych ćwiczeń fizycznych. Wolał jednak używać rozumu. Uznał bowiem niesłusznie, że ów wykształcił mu się w większym stopniu.



 

 


Pan Whymper
Marcin Król

„Jo żech zrazu myśloł, coby z temi świnioma sie dogadać, ino tak, by ich pod szczecine brać, czy co tam na nich rośnie. Wiec gadom temu ichniemu Napoleonu, co mam, co miedź moge a czego sie nie da za żodne skarby. On se pomyśloł, pokombinował i najpierw to zamuwił takie te, jak sie nazywajom, co psy jedzom. Pedigry takie. To żech załatwił. No to puźniej jusz chcioł alkohol, a ja przeciesz tym handlujem, co nie. To jasne, żech tesz załatwił”.

Kiedy ktoś wygląda na kogoś w stu procentach, to na sto procent jest kimś zupełnie innym. Najpewniej takim, na jakiego nie wygląda wcale.

Pan Whymper, kiedy się go zobaczyło po raz pierwszy, wyglądał na dobrodusznego sprzedawcę biblii. Nawet łaził z czymś podobnym w dłoniach. Podczas rozmowy przymykał jedno oko i obserwował rozmówcę. Oceniał, badał i decydował. Potem wyjmował foldery, a miał ich kilka, w zależności od osoby z którą chciał ubić interes, pokazywał właściwe. Nie interesowało go, co i komu sprzedaje, o ile mu płacono. Nie był jednak kupcem, za jakiego się podawał. Ani domokrążcą na jakiego wyglądał. Był adwokatem, lecz i to stanowisko wykorzystywał wyłącznie do zbijania kapitału.

Posiadał dwa przeciwstawne kciuki, które służyły mu do przeliczania banknotów. Oraz czapeczkę, w której te banknoty trzymał.

Poza tym posiadał praktycznie wszystko, a nawet o wiele więcej.



 

 


Muriel
Barbara Lach

Muriel, która nie gardziła zjadaniem przemokłego papieru, należała do elity intelektualnej folwarku. Zawsze bowiem uważała na to, by papier nie był uprzednio zapisany.

„Przeczytałam w życiu zbyt wiele mądrych rzeczy, by nie odróżnić ich od tych złych oraz wątpliwych”.

Była kozą z charakterem, ale był to - podobnie jak i sama ona - bardzo stary charakter. Kształtował się w czasach, w których charaktery posiadały jakieś znaczenie. Było na przykład ważne, by mieć dobry, a nie zły, ten charakter.

Wszystkie zwierzęta na Farmie należały do grona jej przyjaciół, gdyż miała miłe usposobienie i dobrą radę na każdy temat.

„Mam wielu przyjaciół, ale niektórzy należą do tych bliższych, z którymi zjadam papier, inni do nieco mniej ważnych znajomych i z nimi spotykam się rzadziej”.

W tamtej chwili ktoś usłyszał co mówiła.

Gdybyż tylko wiedziała, że jej myślenie stanie się podstawą nowego systemu społecznego wymyślonego przez Napoleona, ugryzłaby się w język.



 

 


Benjamin
Marek Żurawski

Kiedy zapytano osła Benjamina, w jaki sposób udało mu się przetrwać rewolucję na Farmie, powoływał się na cesarza Klaudiusza, którego losy znał z rozmaitych lektur. Zapytany o ulubionego bohatera literackiego, bez wahania wskazywał na Kłapouchego z pewnej książki dla dzieci.

Nie mam tu na myśli oczywistego pokrewieństwa - zapisał w pamiętniku - lub tym bardziej usposobienia, które miał odmienne. Pisał o wszystkim co mu przyszło do głowy, regularnie jednak, raz w tygodniu, wszystkie zapiski dla świętego spokoju i własnego bezpieczeństwa wrzucał w ogień. Miał jednak doskonałą pamięć, na tyle dobrą, by zapominać o rzeczach, o których lepiej było nie pamiętać.

Posiadał mizantropijną naturę, dzięki której nie spodziewał się po życiu niczego dobrego. Są tacy, którzy uważają mnie za osła - pisał - trudno ich winić. Mimo sędziwego wieku, w chwilach podniecenia biegał dookoła łąki wydając ośle ryki. To robiło na wszystkich spore wrażenie. W innych sytuacjach po prostu się pasł.
 
„Przeżyłem” - powiedział gdy wszystko się skończyło - „jest to jednak fakt pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia”.

Poproszony o spisanie historii folwarku, odmówił, powołując się na demencję.

Nie mam jednak żadnej demencji - wpisał do pamiętnika - nie widzę jednak sensu w pisaniu czegokolwiek. Potem, zgodnie z ustaloną przez siebie tradycją, spalił to co napisał. Mimo, iż nie było już takiej potrzeby. Ani nawet konieczności.



 

 


Mollie
Sylwia Nieczaj


Losie nieczuły, niczym bezrasowe muły.

Emigracyjna twórczość poetycka Mollie ograniczała się do krótkich wierszy sporadycznie drukowanych na łamach Obornika lub Poradnika młodej dojarki. Młoda klacz, cierpiąca w późniejszym wieku na szereg okropnych chorób typowych dla zwierząt pociągowych, opuściła Farmę w przeświadczeniu o konieczności odnalezienia swojej ścieżki chwały. Poniekąd słusznie nie próbowała szukać jej w miejscu ogarniętym rewolucyjnym fermentem oraz niebezpiecznymi ideami, niewłaściwie jednak wybrała farmę, na której postanowiła wieść życie artysty - dysydenta. Bardzo szybko zorientowano się, że Mollie nie posiada zbyt wielkiego talentu a nawet nie ma w CV żadnego epizodu związanego z czynnym lub tylko biernym oporem wobec rewolucji. „Wydaje mi się” - rzekł właściciel nowego, wspaniałego świata w którym się znalazła - „że jedyną realną działalność wywrotową w pani życiu była ucieczka z folwarku”. Trudno było się oprzeć prawdziwości tych wniosków. Klacz została szczęśliwie zaprzężona.

Nocami jednak, Mollie tworzyła poezję, rżąc cichutko ze szczęścia w momentach, kiedy udało jej się znaleźć rym do jakiegoś niespotykanego słowa.

„Być może jestem tylko młodą, rzuconą na poniewierkę klaczą z aspiracjami grzmiącymi w końskim łbie niczym wiosenne pomruki burzy, za to trudno odmówić mi rozmaitych przymiotów względem ducha i ciała”

Zachowała przez wiele lat dobre mniemanie na swój temat, była bowiem zbyt dobrze urodzona, by zeń zrezygnować. Gdy nikt nie widział i wyprzęgano ją z wozu wierzgała radośnie, zupełnie bez powodu. Od niechcenia wspominała w towarzystwie o wszystkich niewygodach, jakie musiała znieść w młodości.

„Wielu podobnych do mnie zostało na Farmie i tam zginęło, nie potrafiąc pogodzić się z nową rzeczywistością”. Potem zamyślała się i dodawała z namysłem: „O ile w ogóle istniał kiedykolwiek ktoś do mnie podobny”. Przeczuwała bowiem, że należała do wyjątkowych stworzeń, niepodobnych do czegokolwiek.

Z czasem jej lśniąca, biała sierść sczerniała, pozbawiona zgrzebła, witamin i podstawowej opieki medycznej. Boki zapadły się, żebra próbowały rozerwać skórę zaś dwie spośród czterech podków odpadły.

Młodość. Gdzieś i kiedyś była. Zapewne.

W którąś niedzielę postanowiła pożegnać się ze swoimi czytelnikami i napisać elegię na swój temat.

Była pomiędzy nami Mollie, klacz szczęśliwa. W tym miejscu zawahała się: „A może powinno być - Była wśród nas Mollie…” Myślała od rana do wieczora, a potem jeszcze do rana, uchem czasami strzygąc lub też poruszając nozdrzem. Nastał poniedziałek, więc wyprowadzono ją na zewnątrz i zaprzęgnięto. Tym razem do pługa. Potem wrony i kruki z zainteresowaniem przyglądały się jej, gdy upadła pośrodku pola.

„To ja napisałam wszystkie jej wiersze” - oznajmiła nazajutrz pewna świnia i trzeba było jej uwierzyć.



 

 


Clover
Agnieszka Zyskowska-Biskup

Jeśli istniały wątpliwości co do tego, czy klacz Mollie potrafiła pisać poezje, nie było ich, kiedy się myślało o Clover. To jedyna klacz, która nabyła zdolność czytania liter, przynajmniej tych, które nie tworzyły żadnych wyrazów.

„Jeśli chodzi o litery, zaczynają się od A” - mawiała.

Źrebiętom nie wystarczała taka wiedza.

„A czym się kończą te całe… litery? - dopytywały. Z ekscytacji, niektóre z nich brały w tym czasie przeszkody.

„W oryginale litery docierają do Zet” - Clover, słynąca z dobroduszności tłumaczyła cierpliwie - „Jednakże podobno istnieją miejsca, gdzie w użyciu jest alfabet, na końcu którego jest jakieś Żet”.

Źrebięta nie potrafiły w to uwierzyć.

„Czy to prawda, czy to prawda?” - dopytywały się jakiegoś kucyka, stającego pod ścianą obory.

Nie był to jednak kucyk, ale również źrebię jak one, chociaż wyglądało nieco staro. Nie znało więc odpowiedzi na to pytanie.

„Jak wygląda takie żet, ciociu Clover?” - niezrażone brakiem reakcji kucyka dopytywały u źródła. Clover próbowała im to narysować w piasku, ale nie posiadała rysika, więc nie wyszło to zbyt dobrze. Młode koniki zaniosły się śmiechem.

„Ale to wygląda na źet” - rżały wesoło - „Źet jak źrebaki, źet jak źrebaki”.
 
Wołały tak biegając wokół podwórza. Zupełnie, jakby to nie były angielskie konie. Zupełnie, jakby pochodziły z kraju, w którym alfabet dociera poza zet.



 

 


Bokser
Andrzej Mikosza

„To był z pewnością bardzo pożyteczny idiota” - zamyślił się Napoleon. Wyglądał przez okno, za którym Bokser znikał z pola widzenia, prowadzony na postronku przez mężczyznę pracującego w rzeźni. Szyba była bardzo brudna, więc obaj zniknęli wcześniej, niż się tego należało spodziewać. Potem trzeba było zrobić wszystko, by Bokser zniknął również z myśli i pamięci pozostałych zwierząt.

„Coś tam wymyślisz, napiszesz i wydrukujesz” - zawyrokował Napoleon, kiedy Krzykacz zbliżył swój ryj do brudnej szyby, zza której nie zdołał dojrzeć już nikogo - „coś poruszającego, napełniającego nadzieją ale i trwogą”.

Krzykacz wiedział, że obie zawsze idą ze sobą w parze.
 
Bokser należał do lojalnych, posłusznych i pracowitych zwierząt. Jego reputacja jako konia pociągowego nie miała sobie równych. Cieszył się szacunkiem tych, którzy z przyjemnością obarczali go swoimi obowiązkami. Wykonywał więc bardzo ciężkie prace przynależne zupełnie innym stworzeniom, nie zapominając o własnych obowiązkach. Do samego końca nie pojmował iż kara, która go za to spotka jest nieuchronna.

„Ranny koń nie jest nam potrzebny w tym samym stopniu jak koń zupełnie zdrowy” - Napoleon w pewnych sprawach był bardzo pragmatyczny - „to okropne, jak bardzo go te psy pokiereszowały”. W rzeczywistości uznawał za okropne to, że psy nie dały Bokserowi rady. „Nie po to wam coś zlecam, żeby problem pozostawał nierozwiązany” - zwracanie się do psów było nierozsądne, ale pozbawianie ich kolacji miało już jakiś sens.

Szczęśliwie wkrótce po tym spadł na biednego konia jakiś ciężki głaz podczas pracy. Został prędko sprzedany, gdyż szaleństwem byłoby pozostawiać go przy życiu na Farmie. „Będzie z niego jeszcze jakiś pożytek” - wódz myślał o koninie jako o gorszym gatunku mięsa. Pytanie: „Kto wykona te wszystkie ciężkie prace?” nigdy nie zostało zadane. Nie sposób więc było oczekiwać na nie odpowiedzi.

„Jak się odezwał?” - dopytywał Krzykacza. Świnie stały zwrócone ku sobie.

„Nie wiem czy powinienem…” - rozpoczął niepewnie minister propagandy, a Napoleon tracił cierpliwość.

„Bzdura! - rozryczał się w sobie tylko znany sposób.

Dlaczego wciąż powtarzamy tę rozmowę - zastanawiała się w myślach nieco przerażona świnia - od nowa, w nowych konfiguracjach. Powtórzyła jednak to samo, co powiedziała po kilkakroć wcześniej.

„Powiedział, że nieprawdą jest, by Chyży zawsze był przeciwko dobru Farmy”.

Koń wygłaszający herezje.

Los Boksera został więc przypieczętowany znacznie wcześniej, Napoleon uzasadniał go po wielokroć przed samym sobą nie dla uspokojenia sumienia, którego nie posiadał, ale dla przyjemności, której zawsze poszukiwał. Wysłał więc w końcu psy, żeby doprowadziły sprawę do oczekiwanego koń-ca. Te, jak wiadomo sprawę pokpiły, dlatego posłał po rzeźnika.



 

 
 

 


Bluebell
Agata Drewnicz, Jessie Justyna Zar Schabowska,
Pincher Andrzej Kopczyk

Psy na farmie nie cieszyły się dobrą sławą. Szanowano je z konieczności i ze strachu. Z wiadomych względów nie znosiły ich owce, ale i pozostałe stworzenia bały się ostrych kłów i ślepego posłuszeństwa człowiekowi. Ten rodzaj nienawiści i bojaźni był pielęgnowany pokoleniami. Zwierzęta podjęły starania, by się nigdy nie okazał sprawą publiczną, o której psy mogłyby się wywiedzieć. Stwarzane więc były pozory, udawane koleżeństwo lub przyjaźnie. Tylko posłuszeństwa nie trzeba było udawać. Było oczywiste.

Pan Jones kochał swoje psy, ale gdy za dużo wypił, zapominał je nakarmić. Psy w zamian kochały go ponad własne życie. Nigdy cię nie zdradzimy, szeptały liżąc go po dłoniach. Kot siedzący na płocie obserwował to z widoczną odrazą. Napoleon z niepokojem.



 

 


Szczenięta
Anna Kukułowicz, Katarzyna Lewandowska i Anna Złomańczuk

Nigdy nie nauczysz starego psa nowych sztuczek. Zdanie, w którego prawdziwość uwierzyła świnia.

Ugruntowanie władzy jest możliwe dzięki posiadaniu odpowiednich narzędzi, grup nacisku lub za sprawą odpowiedniej propagandy, ale najlepiej nadają się do tego służby specjalne i porządkowe, które należy posiadać i wychować. Lojalne i bezwzględne. Nie były złe z natury ani wychowania. Nie dowiedziały się bowiem o istnieniu dobra, ani o tym, że istnieje dla niego jakaś przeciwwaga. Wychowane zostały od zera i przekonane, że wydane polecenie zastępuje myślenie i wątpliwości, a nowa rzeczywistość rodzinę.

Szczenięta tej ostatniej także nie posiadały. Napoleon zadbał o to, by odebrano je rodzicom zaraz po urodzeniu. Miało to zapobiec powstawaniu niewłaściwych narracji. Jeśli natomiast chodzi o myślenie, to go nie stwierdzono, mimo dobrej sławy tego gatunku.

Inteligencję psa wymyślił sobie człowiek. To również jest zdanie, w którego prawdziwość uwierzyła świnia. Nic dziwnego. Sama je bowiem wymyśliła.



 

 


Mojżesz
Mirosław Łuczak

Mojżesz był wyjątkowym krukiem.

„W drodze wyjątku” - zwykł często mawiać - „przyjmę ten podarunek, gdyż ci na tym zależy”.

Wymyślił tę swoją wyjątkowość oraz kilka innych dogmatów, o których lubił opowiadać zwierzętom w potrzebie. Był pocieszycielem strapionych oraz orędownikiem nadziei.

„Mam nadzieję” - powtarzał - „że i wam pewnego dnia będzie lepiej”.

Dla stworzeń, którym było gorzej, były to słowa ważne i prorocze.

„Niech sobie mówi” - zdecydował Napoleon, gdy Mojżesz powrócił po latach na Farmę ze słowem w dziobie.
 
Dzięki skrzydłom Mojżesz mógł odwiedzić różne nieznane krainy.

„Jest takie szczególne miejsce ponad chmurami” - zapewniał - „miejsce odpoczynku od pracy”. Musiał sporo wiedzieć na temat tej krainy, sam bowiem nie pracował wcale, nie ponosząc z tego tytułu żadnych konsekwencji.

„Niech nie pracuje” - zdecydował Napoleon widząc sprawczą moc obietnic kruka.

Istotnie. Zwierzęta przestały nieco narzekać na swój los i z nadzieją myślały o dalekiej przyszłości, nie oczekując bezrozumnie lepszego jutra lub przyszłego roku.
 
W zamierzchłych czasach Mojżesz należał do pana Jonesa tak jak każde z folwarcznych stworzeń. Gdy wrócił, należał do samego siebie.

„Niech sobie należy” - zdecydował Napoleon do którego należało wszystko. Także kruk.



 

 


Owce
Anna Kukułowicz i Antoni Wiśniewski

Owce nie istniały jako byty indywidualne. Używano ich beczenia instrumentalnie przy okazji wieców politycznych oraz rozmaitych potyczek na szczeblach władzy. Potem, w zależności od uznania, uznawano lub nie uznawano ich zasług. Raczej jednak nie uznawano.
 
Wyjątkiem wśród stada była jedna z owiec, którą zatrudniono w szkole. Miała tam nauczać biologii, ponieważ dotychczasowy nauczyciel zniknął.

„W jaki sposób zniknął? - owca była cokolwiek zaniepokojona.

„W tajemniczy” - usłyszała tylko. Nie wiedziała od kogo to usłyszała, mogło być tak, że tę odpowiedź sama sobie wymyśliła.

Ponieważ nie znała się na biologii a nawet nie sądziła, by na czymkolwiek mogła się znać, przed podjęciem decyzji postanowiła zaczerpnąć rady przyjaciółki. Energiczna i pewna siebie świnia, z którą owca spotykała się przy okazji rozmaitych spotkań feministycznych, nie ułatwiła jej zadania. „Moja droga” - chrumknęła po chwili namysłu - „od nauczyciela biologii oczekuje się pewnych rzeczy, jeśli rozumiesz, co mam na myśli”. Potem świnia pożegnała się czym prędzej i popędziła na kolejny wiec pozostawiając przyjaciółkę nieco zatroskaną, gdyż owca niczego z tej odpowiedzi nie zrozumiała.

Wiece polityczne, ale również te o zabarwieniu społecznym, dotyczące wątków i tematyki feministycznej lub pracowniczej, odbywały się w tajemnicy przed wszystkimi. Świnia nie zapraszała na nie owcy, pomimo przynależności tej ostatniej do zgrupowania. „To sympatyczna owca” - tłumaczyła czasem - „lecz niestety zbyt głupia. Świadczyć może o tym smutny fakt, który dotyczy wszystkich innych owiec. Otóż nie posiadają one imion”. Ten argument trafiał do wyobraźni każdemu, kto choć przez chwilę miał sposobność porozmawiać z jakąkolwiek owcą lub próbował ją wylegitymować.

Jaka ta owca była, taka była, pamiętajmy jednak, że o jej prawa tajne stowarzyszenie również walczyło, nawet w czasach, gdy o postulatach bojowniczek o lepsze jutro nikt nie mógł usłyszeć. Posadę w szkole w końcu przyjęła zgodnie z sugestią znajomego barana.

„Powinnaś tam pracować i zaprowadzić porządek” - powiedział zziajany, gdy przez godzinę bezskutecznie gonił za bandą złośliwych szczurów podkradających pomadki i grzebienie pozostałe po pani Jones, których przyszło mu pilnować - „ewentualnie się czegoś nauczyć”. Baran nie odróżniał nauczycieli od uczniów, ale tyle wiedział, iż jedni z nich byli starsi od drugich. Zarówno podczas prowadzonych przez siebie lekcji jak i w trakcie długich obrad Rady Pedagogicznej owca nie odzywała się wcale.
 
„Może kiedyś, kiedy będę miała coś do powiedzenia” - łudziła się czasami i przymykała oczy, wsłuchana w dobiegający z podwórza gromki bek jej bliższej i dalszej rodziny, zagłuszający jakieś przemówienie Chyżego.

„Cztery nogi dobre, dwie nogi złe. Cztery nogi dobre, dwie nogi złe”.
 
„Nie znoszę tego idiotycznego beczenia” - klekotał znerwicowany bocian, lądując na brzegu komina. Jego zdaniem dwie nogi były jeśli nawet nie lepsze, to w zupełności wystarczające.



 

 


Kaczki
Julia Głąb, Maya Maślanka Ishida i Bart Kowalski


Żadna z kaczek nie mieszkała nad rzeczką, nieopodal krzaczka. Każda natomiast uznawała możliwość przemiany w zająca za absurdalną. Były więc z zasady i przekonania przeciwniczkami literatury dziecięcej.

„Od biedy mogłabym machnąć skrzydłem na ten pomysł z zającem, ale co mają znaczyć te absurdalne buraczki?”

Gdyby mogły i potrafiły, czytałyby Williama B. Yeatsa lub Emily Dickinson do poduszki. Oraz z całą pewnością Ibsena.

Uznawały się za karłowaty rodzaj gęsi. Nie wiadomo dlaczego, nie były bowiem nawet z nimi spokrewnione.

Cieszyły się z drobnych rzeczy.

„Gdybyśmy były kurami, cóż… podkradano by nam jajka. Nie wiem jak te biedactwa sobie z tym radzą”.

Uznawały bowiem jajka za nienarodzone potomstwo.

Nie wszystkie zauważały różnice w rzeczywistości nastałej po wybuchu rewolucji. Te bardziej świadome, przyjmowały zmiany ze stoickim spokojem.

„Kaczka jest tylko kaczką, niezależnie od warunków i okoliczności. Odczuwalne zmiany mogą dotyczyć kaczki, która jest w jakimś stopniu gęsią”.

Poza tym wszystko u nich w porządku. Jako takim, rzecz jasna.



 

 


Krowy
Anna Kukułowicz, Katarzyna Lewandowska i Anna Złomańczuk

Rewolucję i obalenie pana Jonesa przyjęły z entuzjazmem. Wcześniej bywało, iż spoglądały na rzeczywistość spode łba, kręcąc mordą.

Mleko jest dla krów, służyć ma wykarmieniu młodych.
 
Były to ich własne słowa, więc uwierzyły w nie nawet wtedy, gdy zostały wypowiedziane przez świnie.

„Zresztą” - jak rozumowały - „świnia nie posiada przeciwstawnego kciuka, aby zdołać je wszystkie wydoić”. Były więc bezpieczne i pełne optymizmu. Nie doceniły jednak świń, więc ich porewolucyjna egzystencja prędko zaczęła przypominać tę, z którą się zaznajomiły na farmie pana Jonesa. Długo przeżuwały porażkę, aż w końcu zapomniały o oczekiwaniach i zdradzie.

Kury dają jaja, krowy mleko, tak ułożony jest ten świat.

Słowa starej krowy, która któregoś dnia, przed wielu laty, została zawieziona do rzeźni białą ciężarówką, zaczęły być modne także w nowym świecie. To była przecież mądra krowa, skoro zabrali ją na tak długą wycieczkę, rozumowały krowy. Wyczekiwały białych ciężarówek za każdym razem, gdy usłyszały warkot silnika. Podróże, wczasy i ekspedycje, takie rzeczy robiły na nich piorunujące wrażenie.



 

 


Kot
Iga Kot

Kot siadywał najczęściej na dachu, o ile ten nie był zanadto rozpalony czy też rozgrzany. Lub na płocie, jeśli miał ochotę. Kiedy go dotknąć znienacka: drapał lub mruczał. Zamiennie. Nigdy nie wiedziałeś, co akurat wybierze.

Zwierzęta, które miały do niego jakiekolwiek pretensje, kapitulowały pod wpływem śpiewnych pomruków. Z wyjątkiem psów, które same zanadto ciężko nie pracowały, ale nie mogły znieść myśli, iż kot nie pracuje BARDZIEJ niż one.

Posiadał szczególną zdolność insynuacji. Przybierał bowiem pozę, po której spodziewano się czegoś, czego nie chciał spełnić. Słuchał więc, nie słysząc. Pracował, wypoczywając. Wypowiadał się, milcząc. Bywał męski, będąc damski.

Nie tytułował się jakoś szczególnie.

„Możecie nazywać mnie po prostu kotem, jeśli chcecie, bym przyszedł”.

Otóż naturalnie nie przychodził. Chyba, że wtedy, gdy nikt nie wołał.

Któregoś dnia (a było to jeszcze w młodości, którą spędził tu i tam, niekoniecznie na Farmie) widział dwie osoby grające naraz na jednym fortepianie. Uznał to za Zasadę Równoczesności. Nadal pozostał wiernym samemu sobie. Słuchał, nie słysząc. Pracował, wypoczywając. Wypowiadał się, milcząc…

A jednak wszystkie te postępki i działania wpisane zostały w pewien osobisty program, zyskały uprawomocnienie oraz ideologiczną podstawę. Postanowił skorzystać z tej zasady podczas wolnych wyborów organizowanych na Farmie.

Działając w zgodzie z własnymi przekonaniami i programem, równocześnie oddał swój głos po obu stronach politycznej barykady. Niektórzy uznali to za pomysłowe, inni hańbiące. Tych drugich udobruchał mruczeniem i ocieraniem.

Tylko psom nie był w stanie dogodzić. Wciąż szczekały.



 

 


Kury
Julia Głąb, Maya Maślanka Ishida i Bart Kowalski

Piejo kury piejo, nie majo koguta.

Historia kur zamieszkujących Farmę, to historia brutalnie stłumionego buntu. Czy dziwić może iż wybuchł? To zależy. Biorąc pod uwagę, iż nie dotrzymano obietnic, którymi przeciągnięto je do Sprawy - zaskoczenia być nie powinno. Z drugiej strony, świadomość tego, że rozmawiamy o kurach, o których sądzimy iż bezrozumnie jedzą kamienie - jakiś rodzaj zdziwienia się pojawia. Lecz pojawia niesłusznie. Kury bowiem, jak wynika z badań oraz obserwacji, są inteligentne i wciąż niedoceniane. Potrafią porządkować oraz liczyć, przekazywać wiadomości z pokolenia na pokolenia, powstrzymywać się od posiłku, jeśli uznają, że warto jest poczekać na lepszy rodzaj pożywienia. Posiadają też sporą inteligencję emocjonalną a niektóre układają sonety. Są więc te zwierzęta godnymi potomkami dinozaurów, które również potrafiły co nieco a nawet więcej.
 
Kury mieszkające na Farmie posiadały koguta. Nawet więcej niż jednego. Nie wiadomo, czy piałyby w zastępstwie. Wierzę, że potrafiłyby, ale czy któraś chciałaby zniżyć się do tak niegodnych zachowań? Wątpię. Dlaczego miałyby to robić? Z tęsknoty?

Nic z tego. Pozbawione koguta, odżyłyby i odzyskały godność oraz zrozumienie. W okrutnym świecie, gdy jajka są zabierane podstępnie przez świnie i nic z tych jajek nie ma szans się wykluć, kogut, z całym tym swoim niesmacznym i groteskowym zapładnianiem jest kurze niepotrzebny. Chyba, że któraś lubi to całe dziobanie po głowie. W innym wypadku nie ma z niego żadnego pożytku.

Kiedy postanowiono zagłodzić buntownicze kury, koguty nadal były karmione. Pomyślcie o tym.



 

 


Koguty
Michał Jarmoszuk

Dwóch było niezłomnych hejnalistów na Farmie. Odróżniano ich po barwie upierzenia, tak bowiem byli łudząco do siebie podobni, iż powstała plotka, według której wykluli się z jednego jajka, znalazła swoich entuzjastów.

Zwolennicy przeróżnych teorii spiskowych wierzyli, że istnieje tylko jeden kogut, który lubi się przebierać.

Koguty nie wyróżniały się specjalnymi talentami. Trudno powiedzieć, czy były mądrzejsze czy głupsze od pozostałych zwierząt, zajmowały się bowiem wyłącznie pianiem. Nie znali żadnych wyszukanych melodii, ale praca koguta nie powinna opierać się na dostarczaniu estetycznych wrażeń. Hejnalista musi być waleczny, bojowy, zaś najlepiej głośny.

Na codzienną wegetację kogutów wpływało wiele bliźniaczych czynników, lecz jej ostateczny przebieg był zgoła odmienny. Przykład pierwszy: każdy z obu kogutów chodził spać z kurami, o tej samej porze. Przykład drugi: budziły się jednak o różnych godzinach.

Tutaj trzeba sobie jednak pozwolić na dygresję. Przywykliśmy sądzić, że życie na Farmie toczyło się w zgodzie z naturalnym porządkiem rzeczy, wedle którego pan Jones ani jego żona nie potrzebowali budzika, posiadając znakomite koguty. Jest to taki stan rzeczy, który nie budzi niczyich wątpliwości, ponieważ jest oczywisty. Niemniej jednak jest to również stan zagadkowy, gdyż nie wyjaśnia zupełnie tego, w jaki sposób budzą się same koguty, służące do budzenia innych. Ten nienazwany problem, którego istnieniem nikt sobie nie zaprzątał głowy, pozostawał przez lata w cieniu innych opisanych szczegółowo kłopotów. Dopiero słowa pewnej nioski, wypowiedziane zresztą od niechcenia przy zupełnie innej okazji, rzuciły na tę sprawę nieco światła lub zrozumienia. Kura ta wspomniała bowiem o tym, że słabo sypia z powodu dyżuru, przypadającego na godzinę trzecią w nocy. Przyparta do muru przez rozmówców niechętnie wyjaśniła, że w kurniku trzymane są wachty całonocne służące tak do ochrony przed drapieżnikami jak i budzeniu kogutów na czas. Po tych sensacyjnych wiadomościach zawrzało. Bardzo prędko powstał wniosek o wypłacaniu nadgodzin za dyżury nocne, w dodatku płatnych podwójnie. Nierozważna kura została dosłownie zagdakana przez pozostałe. Usłyszała, że jest idiotką która naruszyła odwieczne zaufanie i estymę, którymi cieszyły się koguty.

Z czasem jednak sprawa przycichła. Zwłaszcza iż zbiegło się to z obietnicą Napoleona, na podstawie której kury chwilowo uwierzyły, iż jajka będą odtąd należeć do nich i nikt ich podbierać nie będzie. Koniec dygresji.

O ile kwestia porannego wstawania kogutów była prosta (biorąc pod uwagę koguta zajmującego się budzeniem Napoleona), o tyle stała się skomplikowana w wypadku drugiego z hejnalistów. Budził on bowiem Boksera, pracowitego konia. Ten jednak, mając coraz więcej obowiązków i prac zleconych do wykonania, zaczynał zawalać terminy. Doba bywa zbyt krótka dla kogoś, kto pragnie dobrze wykonywać swą pracę. Można ją jednak wydłużać, w miarę chęci, możliwości i własnej pomysłowości.
 
Wkrótce kury zaczęły postępować według ruchomych harmonogramów. W zależności od potrzeb, trzeba było budzić konia o różnych porach. Pechowy kogut, niezadowolony z takiego stanu rzeczy, czym prędzej biegł do Boksera, pochylał się nad nim piejąc bezpośrednio do ucha, po czym wracał do kurnika usiłując złapać resztki snu. Nie skarżył się jednak. Zbyt głęboka była w nim pamięć o istnieniu rosołu. Koń zaś nie skarżył się wcale, nie znał się bowiem na zegarku.



 

 


Gęsi
Anna Kukułowicz, Katarzyna Lewandowska i Anna Złomańczuk

Gąski, gąski do domu. Boimy się. Czego? Reakcjonisty złego.

„Ależ z ciebie głupia gąska, kochanie”.

Jakiś baran, najpewniej gbur i cham, nadsłuchiwał miłosnego gęgania w gęstwinie. Zwabiły go w te okolice uciekające przed nim, roześmiane szczury.

Gąska w końcu uległa. Odsłoniła długą i powabną szyję.

Baran poruszył się z niepokojem. Poczuł coś na nosie i polizał. Nie był jednak drapieżnikiem, by rozpoznać smak krwi. Wstrzymał oddech w krótkiej ciszy, która teraz nastała. Potem słychać było szelest. Trawa, liście i krzaki poruszane przez dwa tajemnicze obiekty, z których jeden nie okazywał odznak życia.

„Co chcecie, bym wam powiedział? Czego oczekujecie?” - tłusty gąsior stał przed świdrującymi spojrzeniami. Gęsi, stare i młode, tłuste i wychudzone, drżały w nieruchomym poruszeniu. Nie wiedziały o czym gąsior rozmawiał ze starym baranem. Przeczuwały jednak coś niedobrego, barany bowiem nie odwiedzały ich zbyt często. A nawet wcale nie odwiedzały. Wreszcie jednak gąsior spojrzał na młode, nieopierzone gąski wiercące się pod ścianą.

„Jest czymś nieroztropnym zakochiwać się w lisie” - odezwał się zaskakująco cichym, zmęczonym głosem.

Potem jakiś młody gąsior przestał jeść i pić, dzień za dniem odwiedzał gęstwinę, w której stary baran usłyszał gąskę, w końcu zaś skończył ze sobą, zjadając jagody. Jedną po drugiej, łapczywie, jakby świat się miał zaraz skończyć. No i skończył się. W jakimś sensie, subiektywnym. Oczywiście nie był to zbyt dobry wzór do naśladowania dla innych zwierząt, więc w przestrzeni publicznej pojawiło się mnóstwo rozmaitych opowieści, teorii, tłumaczeń oraz mitów w lepszy lub gorszy sposób próbujących objaśnić jego motywy i ostateczną decyzję. Wszystkie łączyła pewna
wspólna cecha. Mijały się z prawdą jak tylko potrafiły.

Wersja miłosna przetrwała jedynie wśród młodych i wrażliwych gęsi, które na znak protestu i w imię zachowania pamięci, barwiły sobie pióra na czarno.

Pisarz Orwell zrezygnował z tej wersji na rzecz innej narracji i wyrzucił pierwotne zapiski do kosza. Potem zabrał znajomych na spacer do pobliskiego lasu, tego samego, do którego prowadziła wąska ścieżka wijąca się pomiędzy uprawnymi polami. Na tyle wąska, by dało się po niej iść gęsiego.



 

 


Szczury
Julia Głąb, Maya Maślanka Ishida i Bart Kowalski

Trudno o nich pisać człowiekowi, który zrezygnował z seansu Ratatuj wyłącznie dlatego, iż główny bohater tej animacji jest szczurem. Sam koncept, zezwalający na postawienie obok siebie tego gryzonia i czegokolwiek nadającego się do zjedzenia, napawa mnie irracjonalnym lękiem. Nie sposób jednak zignorować faktu, iż na terenie Farmy szczury były. W dodatku, były to szczury dzikie, nieobliczalne i nie nadające się do resocjalizacji.

Lubiły jednak modę. Całymi godzinami usiłowały upiększać się i upodobnić do wszystkiego, co szczurem nie było. Kradły kosmetyki gdzie się dało, także na pobliskich oraz tych oddalonych farmach. Wkrótce odkryły, że najwięcej fantów znajduje się w miejscach, w których prócz właściciela mieszkają kobiety. Uznały to za największe odkrycie swojego gatunku i domagały się stosownej wzmianki w Wielkiej Encyklopedii Świńskich Odkryć, którą spisywał wierszem Minimus.
Nie rozumiały powodu, dla którego odmówił. Nie były jednak głupie, jedynie zrozumieć nie chciały.

W nastałym po rewolucji porządku wykonane zostały trzy szczurze próby edukacyjne, z których tylko jedna prowadzona była w zgodzie ze szkolną podstawą programową. Jakieś zwierzę, najpewniej świnia, zaczęło od zwykłego listu do redakcji.

Kochana redakcjo - tajemnicze zwierzę rozpoczęło swój list od starannie wykaligrafowanego nagłówka, a potem rozpisało się na temat domniemanej aktywności młodych szczurów w klasie do której uczęszczała córka zwierzęcia. W liście można było przeczytać o tym, iż Niesprawiedliwością jest iż szczury jako zwierzęta dzikie i aspołeczne mogą liczyć na bezpłatny przydział rysików służących do kaligrafii w piasku, gdy tymczasem pożytkują je [rysiki - przyp. Redakcji] obgryzając końcówki z jednej i drugiej strony.

Zwierzę (prawdopodobnie świnia) używało w piśmie trudniejszych zwrotów w rodzaju:
„pogłębiające się dysproporcje”, „dantejskie sceny”, „dewaluacja dotychczasowych zdobyczy intelektualnych” oraz „gdy tymczasem niepostrzeżenie i przy niezadowalającym nadzorze władz szkolnych, uczeń myślący zostaje sprowadzony do roli”.

„Czy zastanowiło cię, mój przyjacielu” - Napoleon nawet nie spoglądał w stronę przestępującego z nogi na nogę Krzykały - „iż zwierzęta tak często pisują listy do redakcji, mimo swoich aż nadto widocznych braków?”

„Braków? Jakiego rodzaju?” - zapytał coraz bardziej zdenerwowany minister propagandy. Nie podobało mu się, iż Napoleon tytułował go mianem przyjaciela. Zbyt dobrze wiedział, jak skończyli ci, których wódz nazywał w podobny sposób. „Czy to nie oczywiste?” - Napoleon zadał pytanie retoryczne, ale nie wiedział, że tak się je powinno określać - „Mam na myśli braki w rodzaju nieistniejącego przeciwstawnego kciuka”. Krzykała niepewnie spojrzał na własne raciczki. Potem jednak gromada szczurów przebiegła przez podwórze, ścigana przez zagniewanego barana i Napoleon szczęśliwie zmienił temat. „Jeśli chodzi o szczury coś może być na rzeczy” - dodał tajemniczo, nie wiadomo jednak dokładnie, co miał na myśli. Na wszelki wypadek Krzykała wydał polecenie, by zabrać małoletnim szczurom rysiki i zostawić je w spokoju. Szczury, nie rysiki. Zrobił to tak sprytnie, by sądzono, iż
jest to autorski pomysł Napoleona.

Innym razem próbowano wykorzystać szczurze instynkty by straszyć nieprzygotowanych uczniów. Osobliwie straszyć owce, które były nieprzygotowane zawsze.

„Brak gotowości do lekcji jak również marne wyniki w nauce i procesie wychowawczym, karane będą pokąsaniem” - ogłosiła wraz z rozpoczęciem roku szkolnego stara klacz, pełniąca tymczasowo funkcje dyrektorskie, tak w szkole, jak i przy melioracji pól i nieużytków, a także w tajnej policji. Pozostaje zagadkowe iż ta postać nie doczekała się należnego uznania u autora, który w Folwarku zwierzęcym nie poświęcił jej najmniejszej nawet wzmianki.

Kąsaniem zajmować się będą szczury ze starszych klas. Tak postanowiono.

Ponieważ w starszych klasach wcale nie było szczurów, regulamin czym prędzej zmieniono i dopuszczono do tej funkcji szczury z klas pierwszych.
 
„Jest to istotna z punktu widzenia działalności wychowawczej decyzja” - klacz przekonywała do tego pomysłu niedowiarków. O tych, których przekonać się nie udało, niewiele można powiedzieć. Jednego dnia byli, a drugiego już nie, po prostu. Działo się tak mimo braków kadrowych szkoły.

Po dwóch miesiącach funkcjonowania rozporządzenia zorientowano się, iż istnieje pewien niepokojący gatunek, który bywa jeszcze mniej przygotowany do lekcji niż owce. Odkryto bowiem tajemnicę braku szczurów w wyższych klasach. Otóż żaden z nich nie otrzymał do tej pory świadectwa ukończenia klasy pierwszej. Składały się na to nie tylko braki w podstawowej wiedzy na temat życiorysu Napoleona lub wiadomości w zakresie dodawania mnożników (lub jakoś tak). W grę wchodziły też rozboje, wszczynanie awantur i nieobyczajne zachowanie (szczury, na przykład, używały wyzywającego makijażu).

To właśnie wówczas jakieś zwierzę (możliwe, iż była to świnia) napisało pamiętny list do redakcji, skarżąc się na kąsanie małoletnich świnek w szkole oraz niesprawiedliwe rozdawnictwo rysików. Podczas Rady Pedagogicznej postawiono pytanie, czy szczury powinny kąsać same siebie. Oczywiście praktykowały to od zarania dziejów, ale wyłącznie prywatnie, nie w ramach obowiązku
szkolnego. Ostatecznie stara klacz orzekła, że kąsanie międzygatunkowe jest czymś zupełnie innym niż podgryzanie własnej rodziny, więc w punkcie 167 szkolnego Regulaminu napisano, iż kąsanie szczura przez innego szczura jest niezbywalnym prawem tego gatunku, ale powinno odbywać się podczas przerw lekcyjnych.

Pewna owca, po której nikt się tego nie spodziewał, zwróciła uwagę na coś niepokojącego i zadała dosyć niezwykłe i skomplikowane pytanie.

„Skoro szczury zostały wyznaczone do kąsania leniwych i krnąbrnych uczniów, a nie mogą w ramach tych samych obowiązków kąsać innych szczurów, mimo, iż to właśnie ten gatunek ucznia jest najbardziej leniwym i krnąbrnym, to czy przypadkiem nie dochodzi tu do niesprawiedliwości?”.

To było bardzo złe pytanie. W dodatku brzmiało tak, jak gdyby wymyślił je każdy, tylko nie owca. „Istotnie, tak się może wydawać.” - odezwała się dyrektorka szkoły, spoglądając podejrzliwie na owcę, która do tej pory nauczała biologii i nie sprawiała kłopotów, a którą właśnie wynoszono z posiedzenia wkładając jej do pyska brudną szmatę.
 
„Przy odrobinie złej woli można zapytać czy każdy uczeń naszej szkoły jest traktowany w ten sam sposób. Musimy jednak na sprawy edukacji patrzeć w poszerzony, wieloraki sposób, gdyż dopiero głęboka analiza problemu pokazuje z całą jaskrawością, iż wprawdzie każdy uczeń jest równy, ale niektóre równiejsze.”

To długie zdanie wyczerpało starą klacz. Sprawa kąsania została nareszcie załatwiona.

Post scriptum

Trzecia próba edukacyjna dotycząca szczurów jeszcze nie została wymyślona. Jest to właśnie ta próba, której przebieg, wybrane metody i rozwiązania, pozostają w zgodzie ze szkolną podstawą programową. Miała być przeprowadzona na osobiste polecenie Krzykały.
 
Wcześniej jednak, podczas długich rozmów z pobekującą nauczycielką biologii, podczas których zachęcano ją do odbycia różnych trudnych ćwiczeń gimnastycznych, okazało się, że owca wcale nie wymyśliła niezwykłego i skomplikowanego pytania osobiście. Powtórzyła po prostu to, co usłyszała od pewnego zwierzęcia, które bez żadnych już wątpliwości okazało się świnią. W tej sytuacji postanowiono piśmienne stworzenie odnaleźć, zaś potem je wraz z owcą uciszyć. „Robię to z bólem serca” - miał podobno powiedzieć Napoleon unosząc brew.